Dwa porody – każdy inną metodą. Czas na porównanie i wrażenia.
Poród naturalny – 19 godzin od odejścia wód płodowych do przytulenia Maksa. Czas dochodzenia do siebie po porodzie – dosłownie kilka godzin po porodzie byłam w stanie wstać i sama pójść pod prysznic. I z dnia na dzień było już tylko coraz lepiej. Wrażenia - cudowne przeżycie narodzin nowego człowieka, maleństwa z naszej krwi, intymność chwili narodzin dziecka, spędzonej wspólnie z mężem.
Cesarskie cięcie – wody płodowe nie odeszły, zabieg był zaplanowany na konkretną godzinę. Czas przygotowania do operacji – jedna godzina, czas trwania operacji – jedna godzina. Czas dochodzenia do siebie – cesarka skończyła się o 14-tej w poniedziałek, a ja wykąpać się poszłam (to za dużo powiedziane) w środę około południa. We wtorek ok16-tej dostałam silny zastrzyk domięśniowy, aby pielęgniarka z mężem pomogli mi wstać z łóżka, wstać na dojście do toalety i powrót, nie wspominająco możliwości zajęcia się dzieckiem. W czwartek prawie w ogóle nie mogłam chodzić – miałam jakąś blokadę w kręgosłupie. W piątek dostałam kolejny zastrzyk przeciwbólowy po tym, jak mnie dowieźli na wózku inwalidzkim z korytarza do łóżka, i dopiero po ketonalu zaczęłam do siebie dochodzić. Tak więc czas dochodzenia po cesarce – można powiedzieć tydzień, przynajmniej w moim przypadku.
A teraz trochę faktów o cesarce, bo nie jest to naturalna metoda porodu, i nie wiem, co kobiety w tym widzą i decydują się na taką właśnie formę.
Cięcie cesarskie to zabieg chirurgiczny, żeby nie powiedzieć operacja, polegający na przecięciu powłok brzusznych oraz macicy i wyjęciu dziecka. Dawniej cięcie wykonywane było pionowo, obecnie stosuje się cięcie poziome w dole podbrzusza, na granicy trzonu i szyjki macicy. Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu: zewnątrzoponowo lub podpajęczynówkowo w przypadku planowanej operacji, w narkozie – gdy zabieg wykonuje się w trybie ostrym. WHO zaleca, aby odsetek porodów przez cesarskie cięcie nie przekraczał 15%. Hmm, USA w 2006 co trzecia ciąża była rozwiązana przez cesarkę.
Jak widać cesarskie cięcie to nie zabieg, ale konkretna operacja, z zaangażowanym sztabem ludzi. Wskazań do cesarki jest trochę, ja się załapałam na niewłaściwe ułożenie dziecka – tak zwane pośladkowe. Jak uświadomiła mnie położna, jest dużo zagrożeń przy takim ułożeniu i obecnie lekarze rzadko decydują się na poród w tym ułożeniu dziecka. W przypadku chłopców zagrożone są od razu jądra, a potem cała reszta – z główką na czele, która w tym ułożeniu odgina się do tyłu, i którą ręcznie trzeba przygiąć do tułowia – nie pytałam już jak. Chociaż, jak powiedział mi mój ginekolog prowadzący ciążę, wskazanie do cesarki dla ułożenia pośladkowego jest dopiero od niedawna w Polsce, tj. od jakiś 10-ciu lat.
Moje wrażenia z samej sali operacyjnej- okropne. Poród przez cesarskie cięcie jest taki instrumentalny. Nie ma miejsca na przytulenie dziecka, na czułość, na prywatność, na dotyk. Człowiek leży w pozycji (i na stole operacyjnym) jak na krzyżu, znieczulony od pasa w dół, ledwo mówi, nic nie widzi (zdjęli mi okulary) i słyszy wszystko, co jest mówione i robione na sali operacyjnej. Po wyjęciu dziecka z brzucha człowiek widzi, jak je badają, słyszy, jak maluch płacze, a nie może przytulić. Potem pokazują dzidziucha – proszę, to pani syn - i tyle, nawet dotknąć nie można bo ręce pasami na rzepy przyczepione są do stołu (poza tym w jednej ręce kroplówka, na drugiej ciśnieniomierz). Dziecko po badaniu opuszcza salę operacyjną i zostaje się samemu w rękach lekarzy, którzy czyszczą, szyją i gadają. Anestezjolog pyta mnie czy dobrze się czuję, a na moją odpowiedź, że głowa mnie rozbolała widzę lekarza chirurga, który wyłania się zza parawanu na moim brzuchu i słyszę: mnie też boli głowa i nie narzekam. No i co człowiek może na to odpowiedzieć? Ubezwłasnowolniony, otumaniony znieczuleniem i w stresie oraz zapewne lekkim szoku? Brak słów.
A już po wszystkim przynoszą dzidzię na salę pooperacyjną, na 20 minut, bo na więcej matka nie ma siły. I dopiero w kolejnej dobie widzę swoje dziecko. I znów mam je na 20 minut, bo nie mogę się podnieść ani ruszyć po zabiegu.
A z tym podnoszeniem to oddzielna historia. Przychodzi położna rano (cesarka skończona o 14-tej dnia poprzedniego) i mówi – Wstajemy! Proszę usiąść, wziąć cewnik i Idziemy do umywalki. Ja siadam w bólach – mam już zimny pot na całym ciele. Spuszczam nogi z łóżka – tutaj już mroczki przed oczyma i szum w uszach. Następnie próbuję się podnieść – zawroty głowy, mdłości, sine usta i głos położnej – No dobrze, zaraz mi pani tu zemdleje. Proszę się położyć, za chwilę próbujemy jeszcze raz. Ta chwila nie nadeszła, bo wywieźli mnie z sali pooperacyjnej na salę normalną, i przez 7 cesarek, które nastąpiły w danym dniu, położne po prostu o mnie zapomniały, że miałam się podnieść. A ja z mężem próbowałam, ale za każdym razem bliska omdlenia padałam bez efektu wyczerpana na łóżko. Tak więc nie wiem do dzisiaj, czy po cesarce trzeba się podnieść mimo ryzyka zemdlenia z bólu i wyczerpania? Ja tak naprawdę wstałam w środę. Czy to było przyczyną problemów z kręgosłupem i niemożliwością chodzenia dłużej niż do umywalki? Nie wiem. Cieszę się, że jestem już na chodzie, że mogę wziąć dziecko na ręce. Bo piątek nie wyglądał dobrze, z tą przejażdżką na wózku inwalidzkim.
A przy tym wszystkim podejście personelu szpitala – od lekarza, po położne, na sprzątaczkach i paniach roznoszących posiłki kończąc: chciało się cesarki to teraz się ma! Tak jakby w państwowym szpitalu była możliwość wyboru – to ja dzisiaj poproszę cesarkę, bo ostatnio to był poród fizjologiczny. W 99% przypadków, to nie my, ciężarne jeszcze kobiety decydujemy, jak będziemy rodzić. To lekarz podejmuje ostateczną decyzję, czy pozwoli nam urodzić naturalnie, czy będzie cięcie.
Ech, szkoda gadać. W każdym razie na cesarskie cięcie nigdy bym się nie zdecydowała dobrowolnie. Dla mnie był to trudny psychicznie i fizycznie zabieg. Cieszę się, że już jestem w domu i mogę cieszyć się rodziną - mężem i dziećmi, a w szczególności tym maleństwem, które nosiłam 9 miesięcy pod sercem.