piątek, 1 lipca 2011

Plastry na blizny po cesarskim cięciu

Dobrze, że ktoś wymyślił coś takiego, jak plastry na blizny. Generalnie nie jestem podatna na marketingowego zachwalanie produktów ;) jednak w tym przypadku dałam się przekonać. Zapewne wszystko dlatego, że jednak rana po cesarskim cięciu nie jest skaleczeniem i strasznie mnie ciągnęło przy każdym ruchu (ci, co mieli takie cięcie, wiedzą o co chodzi z tym ciągnięciem). Tak więc skonsultowałam sprawę ze specjalistami od medycyny i polecono mi plastry na blizny. Już w pierwszym tygodniu po zabiegu, jak tylko wróciłam do domu, to nakleiłam sobie (znaczy się mąż mi nakleił, bo ja generalnie z przyczyn technicznych nie byłam stanie zobaczyć tego cięcia) taki plaster na tworzącą się bliznę. I od razu poczułam ulgę, o czym poinformowałam cały świat na moim profilu na Facebooku ;) Taki plaster nosiłam sobie przez 3 dni (spałam z nim, brałam prysznic, chodziłam), aż do momentu zdjęcia szwów. Do chirurga na zdjęcie szwów poszłam już bez plastra. Lekarz powiedział, że wszystko goi się świetnie, jednak blizna tworzy się przez około3 miesiące (!) i przez ten czas nie mogę nic dźwigać, nic ćwiczyć i generalnie oszczędzać mięśnie brzucha. Pokazał mi nawet, jak prawidłowo powinnam się podnosić z pozycji leżącej – bo oczywiście z łóżka zabiegowego wstałam jak każdy zdrowy człowiek – pociągnęłam tyłów do pionu za pomocą mięśni brzucha właśnie. Spytałam lekarza i o plastry i o aktywność fizyczną. Z ćwiczeń to mogę chodzić na basen – hura hura. Plastry – generalnie nie zaszkodzą, i skoro przynoszą mi ulgę, to mogę je sobie nosić – hura hura. Bo muszę powiedzieć, że po zdjęciu szwów znowu mi ta rana dokucza, szczególnie jak mam się schylić, podnieść Aleksa (nie daj Boże Maksa) czy wstać z łóżka. Nawet do samochodu jest mi teraz gorzej wsiąść. Więc znów mój małżonek przykleił mi plaster, i znów odczułam ulgę – skóra się tak nie naciąga i jest mi lżej na brzuchu :)

Jak działa taki plaster, bo oczywiście nie omieszkałam sprawdzić w sieci. Nawet mam schemat budowy plastra - tak, tak to zaawansowana technologia, a nie tam taki zwykły plaster.



Ja używam silikonowych plastrów Sutricon, które docelowo zmniejszają widoczność blizn, poprawiają ich wygląd poprzez rozjaśnienie i wygładzenie blizny, poprawiają elastyczność blizny (czyli to jest zapewne ten efekt ulgi, jaki odczuwam po naklejeniu plastra – blizna i skóra jest elastyczna, dzięki czemu nic się nie ciągnie). Plastry są prawie przezroczyste, bezwonne, niewidoczne (zresztą póki co nie planuję się obnażać ;), generalnie mają zapewnić dyskrecję. Plaster można sobie przyciąć do odpowiedniego wymiaru – do wielkości blizny. Plastry zaczynamy naklejać jak rana po cesarce się już zamknie, czyli mówiąc normalnym językiem – 6-8 dni po operacji. Zalecają, aby w celu uzyskania najlepszego efektu, stosować plastry przez 2-4 miesiące. Jednak znając życie i mój zapał do wszelkich medykamentów, jak przez miesiąc mi się uda regularnie przyklejać plastry, to i tak będzie sukces. Jeden plaster można używać najlepiej przez 24 godziny. Maksymalnie jeden plaster może być przyklejony do skóry nie dłużej niż 5 dni. Wtedy powinno się go raz dziennie odkleić, oczyścić neutralnym mydłem tworzącą się bliznę, osuszyć skórę najlepiej papierowym ręcznikiem i ponownie przykleić plaster. No i ja tak właśnie robię. Największe obawy miałam przed odklejeniem plastra – czy nie będzie bolało, czy szew się nie oderwie przy okazji itd. Bez obaw - nic takiego oczywiście się nie dzieje, plaster odkleja się od skóry bezboleśnie, i co ważniejsze potem znowu się przykleja ;) Jest dobrze.

A ja najbardziej się cieszę, że będę mogła chodzić na basen - wtedy też plaster będzie jak znalazł – przynajmniej zabezpieczy ranę/bliznę przed moczeniem. Pływać zaczynam od przyszłego tygodnia – jak Aleks pozwoli, bo póki co ma narastający poziom żółtaczki i już nam dali skierowanie do szpitala. Ale przez weekend jeszcze jesteśmy w domu i walczymy. W poniedziałek znowu lekarz, pobieranie krwi, wynik i decyzja, co dalej.

Nowy Tiesto i remixy Depeche Mode 2011

Dzisiaj muzycznie – nasza kolekcja płyt wzbogaciła się o dwie nowości.
Tiesto – Klubowy Tiesto powraca, jak piszą wydawcy. Płyta Allure Kiss From The Past to rzeczywiście klubowe brzmienia w wydaniu króla tego gatunku. Co prawda nie mogliśmy przesłuchać płyty na pełnej głośności, ale jedno jest pewne – fajne kawałki, fajnie zmiksowane, znane głosy i znane z innych płyt Tiesto motywy muzyczne. Super się będzie słuchało w samochodzie w trasie.



No i drugi nabytek – dzisiaj ponoć premiera na polskim rynku muzycznym. Depeche Mode Remix 2011 a na niej 13 starych kawałków w całkiem nowych, często zaskakujących aranżacjach. Niektóre to jak nie Depeche Mode. Też polecam fanom tej kultowej grupy – taki powiew świeżości, chociaż pewnie niektórzy powiedzą, że na klasykę tego gatunku nie powinni się porywać dj’je. Ale jak dla mnie to całkiem ciekawa odmiana znanych utworów, które często mi się już osłuchały, albo wcale za nimi nie przepadałam.



A już we wrześniu w Polsce zagości na występie George Michael. A ja kombinuję, jak pojechać na ten koncert do Wrocławia, tak, aby Aleks nie ucierpiał na karmieniach. Kurcze, te 8 godzin jazdy samochodem jest trochę trudne do zrobienia z dzidziuchem, Maksem i babcią, która ewentualnie posiedziała by z dziećmi w hotelu. Hmm, muszę coś wymyśleć.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Cesarskie cięcie czy poród naturalny?

Dwa porody – każdy inną metodą. Czas na porównanie i wrażenia.

Poród naturalny – 19 godzin od odejścia wód płodowych do przytulenia Maksa. Czas dochodzenia do siebie po porodzie – dosłownie kilka godzin po porodzie byłam w stanie wstać i sama pójść pod prysznic. I z dnia na dzień było już tylko coraz lepiej. Wrażenia - cudowne przeżycie narodzin nowego człowieka, maleństwa z naszej krwi, intymność chwili narodzin dziecka, spędzonej wspólnie z mężem.

Cesarskie cięcie – wody płodowe nie odeszły, zabieg był zaplanowany na konkretną godzinę. Czas przygotowania do operacji – jedna godzina, czas trwania operacji – jedna godzina. Czas dochodzenia do siebie – cesarka skończyła się o 14-tej w poniedziałek, a ja wykąpać się poszłam (to za dużo powiedziane) w środę około południa. We wtorek ok16-tej dostałam silny zastrzyk domięśniowy, aby pielęgniarka z mężem pomogli mi wstać z łóżka, wstać na dojście do toalety i powrót, nie wspominająco możliwości zajęcia się dzieckiem. W czwartek prawie w ogóle nie mogłam chodzić – miałam jakąś blokadę w kręgosłupie. W piątek dostałam kolejny zastrzyk przeciwbólowy po tym, jak mnie dowieźli na wózku inwalidzkim z korytarza do łóżka, i dopiero po ketonalu zaczęłam do siebie dochodzić. Tak więc czas dochodzenia po cesarce – można powiedzieć tydzień, przynajmniej w moim przypadku.

A teraz trochę faktów o cesarce, bo nie jest to naturalna metoda porodu, i nie wiem, co kobiety w tym widzą i decydują się na taką właśnie formę.
Cięcie cesarskie to zabieg chirurgiczny, żeby nie powiedzieć operacja, polegający na przecięciu powłok brzusznych oraz macicy i wyjęciu dziecka. Dawniej cięcie wykonywane było pionowo, obecnie stosuje się cięcie poziome w dole podbrzusza, na granicy trzonu i szyjki macicy. Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu: zewnątrzoponowo lub podpajęczynówkowo w przypadku planowanej operacji, w narkozie – gdy zabieg wykonuje się w trybie ostrym. WHO zaleca, aby odsetek porodów przez cesarskie cięcie nie przekraczał 15%. Hmm, USA w 2006 co trzecia ciąża była rozwiązana przez cesarkę.

Jak widać cesarskie cięcie to nie zabieg, ale konkretna operacja, z zaangażowanym sztabem ludzi. Wskazań do cesarki jest trochę, ja się załapałam na niewłaściwe ułożenie dziecka – tak zwane pośladkowe. Jak uświadomiła mnie położna, jest dużo zagrożeń przy takim ułożeniu i obecnie lekarze rzadko decydują się na poród w tym ułożeniu dziecka. W przypadku chłopców zagrożone są od razu jądra, a potem cała reszta – z główką na czele, która w tym ułożeniu odgina się do tyłu, i którą ręcznie trzeba przygiąć do tułowia – nie pytałam już jak. Chociaż, jak powiedział mi mój ginekolog prowadzący ciążę, wskazanie do cesarki dla ułożenia pośladkowego jest dopiero od niedawna w Polsce, tj. od jakiś 10-ciu lat.

Moje wrażenia z samej sali operacyjnej- okropne. Poród przez cesarskie cięcie jest taki instrumentalny. Nie ma miejsca na przytulenie dziecka, na czułość, na prywatność, na dotyk. Człowiek leży w pozycji (i na stole operacyjnym) jak na krzyżu, znieczulony od pasa w dół, ledwo mówi, nic nie widzi (zdjęli mi okulary) i słyszy wszystko, co jest mówione i robione na sali operacyjnej. Po wyjęciu dziecka z brzucha człowiek widzi, jak je badają, słyszy, jak maluch płacze, a nie może przytulić. Potem pokazują dzidziucha – proszę, to pani syn - i tyle, nawet dotknąć nie można bo ręce pasami na rzepy przyczepione są do stołu (poza tym w jednej ręce kroplówka, na drugiej ciśnieniomierz). Dziecko po badaniu opuszcza salę operacyjną i zostaje się samemu w rękach lekarzy, którzy czyszczą, szyją i gadają. Anestezjolog pyta mnie czy dobrze się czuję, a na moją odpowiedź, że głowa mnie rozbolała widzę lekarza chirurga, który wyłania się zza parawanu na moim brzuchu i słyszę: mnie też boli głowa i nie narzekam. No i co człowiek może na to odpowiedzieć? Ubezwłasnowolniony, otumaniony znieczuleniem i w stresie oraz zapewne lekkim szoku? Brak słów.

A już po wszystkim przynoszą dzidzię na salę pooperacyjną, na 20 minut, bo na więcej matka nie ma siły. I dopiero w kolejnej dobie widzę swoje dziecko. I znów mam je na 20 minut, bo nie mogę się podnieść ani ruszyć po zabiegu.

A z tym podnoszeniem to oddzielna historia. Przychodzi położna rano (cesarka skończona o 14-tej dnia poprzedniego) i mówi – Wstajemy! Proszę usiąść, wziąć cewnik i Idziemy do umywalki. Ja siadam w bólach – mam już zimny pot na całym ciele. Spuszczam nogi z łóżka – tutaj już mroczki przed oczyma i szum w uszach. Następnie próbuję się podnieść – zawroty głowy, mdłości, sine usta i głos położnej – No dobrze, zaraz mi pani tu zemdleje. Proszę się położyć, za chwilę próbujemy jeszcze raz. Ta chwila nie nadeszła, bo wywieźli mnie z sali pooperacyjnej na salę normalną, i przez 7 cesarek, które nastąpiły w danym dniu, położne po prostu o mnie zapomniały, że miałam się podnieść. A ja z mężem próbowałam, ale za każdym razem bliska omdlenia padałam bez efektu wyczerpana na łóżko. Tak więc nie wiem do dzisiaj, czy po cesarce trzeba się podnieść mimo ryzyka zemdlenia z bólu i wyczerpania? Ja tak naprawdę wstałam w środę. Czy to było przyczyną problemów z kręgosłupem i niemożliwością chodzenia dłużej niż do umywalki? Nie wiem. Cieszę się, że jestem już na chodzie, że mogę wziąć dziecko na ręce. Bo piątek nie wyglądał dobrze, z tą przejażdżką na wózku inwalidzkim.

A przy tym wszystkim podejście personelu szpitala – od lekarza, po położne, na sprzątaczkach i paniach roznoszących posiłki kończąc: chciało się cesarki to teraz się ma! Tak jakby w państwowym szpitalu była możliwość wyboru – to ja dzisiaj poproszę cesarkę, bo ostatnio to był poród fizjologiczny. W 99% przypadków, to nie my, ciężarne jeszcze kobiety decydujemy, jak będziemy rodzić. To lekarz podejmuje ostateczną decyzję, czy pozwoli nam urodzić naturalnie, czy będzie cięcie.

Ech, szkoda gadać. W każdym razie na cesarskie cięcie nigdy bym się nie zdecydowała dobrowolnie. Dla mnie był to trudny psychicznie i fizycznie zabieg. Cieszę się, że już jestem w domu i mogę cieszyć się rodziną - mężem i dziećmi, a w szczególności tym maleństwem, które nosiłam 9 miesięcy pod sercem.

środa, 15 czerwca 2011

Zaćmienie Księżyca

Dzisiaj jest całkowite zaćmienie księżyca – ponoć najlepiej widać je właśnie w Polsce. Na czym polega to zjawisko? Zaćmienie Księżyca zachodzi wtedy, że Ziemia znajduje się między Słońcem a Księżycem będącym w pełni. Najlepsze oczywiście jest całkowite zaćmienie Księżyca – wtedy to już promienie słoneczne w ogóle nie dochodzą bezpośrednio do powierzchni naturalnego satelity Ziemi, czyli do Księżyca. I mówiąc kolokwialnie – Księżyc nie świeci. I jest ciemno, jak dzisiaj właśnie. Jakby ktoś zgasił tą wielką nocną lampę wiszącą nad naszymi oknami dachowymi.

Od zawsze ludzie przypisywali takim zjawiskom nadprzyrodzoną moc. Kiedyś straszono gawiedź, że jak Księżyc czy Słońce zniknie, to będzie koniec świata i wszyscy grzesznicy marnie zginą w piekle. Dzisiaj mówi się o tym, że jak jest pełnia to nie można spać normalnie, człowiek się wierci, śpi niespokojnie. I chyba coś z tym księżycem jest na rzeczy, bo co prawda termin porodu mam „dopiero” na najbliższy piątek, ale mały dzisiaj od południa wariuje u mnie w brzuchu, jakby sam nie wiedział, czego chce – jeszcze trochę zostać, czy już się pokazać rodzicom. Już nawet do walizki dopakowałam ostatnie rzeczy, takie mam jakieś dziwne uczucie…
A przy okazji tego wiercenia w brzuchu, to dobrze by było, aby się wreszcie znowu ustawił głową do wyjścia.

A ja też już wyglądam jak księżyc w pełni :)

Wracając do zaćmienia księżyca – logo Google jest dzisiaj księżycowe, co więcej z filmem.

piątek, 20 maja 2011

Wypadek, szpital, zwolnienie…

No właśnie dopadły mnie przemyślenia po ostatnich wydarzeniach z tego tygodnia. We wtorek wracając sobie z pracy stałą drogą, niestety nie dojechałam do domu. Wjechałam gościowy w tyłek włączając się do ruchu z zatoczki dla autobusów. Uderzenie było na tyle mocne, że odpaliły mi się dwie poduszki – moja i pasażera (bo był fotelik Maksa na przednim siedzeniu), popękała przednia szyba, rozwaliła się chłodnica – tak mniemam, bo coś się wylało pod autem, no i maska z przodu nie wyglądała najlepiej. Zresztą nie przyglądałam się zbyt długo bo mój mąż wezwał mi karetkę i zostałam zapakowana na nosze w trybie natychmiastowym. Całe szczęście oprócz stresu nic mi, ani kierowcy drugiego auta, się nie stało. Natomiast dwa dni spędziłam na obserwacji w szpitalu na oddziale patologii ciąży. I to skłoniło mnie do przemyśleń.
Po pierwsze – to wielkie szczęście móc zajść w ciążę i donosić ją do porodu bez problemów. Wszystkie symulantki niech się zastanowią, zanim poproszą lekarza o zwolnienie.
Po drugie – kobiety naprawdę mają problemy zdrowotne, próbują i tracą dziecko po kilka razy, ale nie poddają się.
Po trzecie - sorry, ale wszystkie laski, które idą sobie na zwolnieniu w 3-4 miesiącu ciąży tak o, bo są w ciąży i im się należy – brrry, nie mam o nich dobrego zdania i mieć nie będę. Owszem, nie każdy musi pracować do końca, ale symulowanie, opowiadanie o złym samopoczuciu, nakręcanie się na dolegliwości, potem siedzenie na forach i wypisywanie głupot, oraz naciąganie nas, czyli społeczeństwa na koszty, bardzo mnie denerwuje.
Po czwarte – wkurzają mnie już pytania w pracy typu: dlaczego ja jeszcze pracuję, kiedy pójdę na zwolnienie, na urlop czy na cokolwiek innego, po co jeszcze przychodzę itd. A najgorsze w tym wszystkim jest to przyzwolenie społeczne na takie właśnie zachowanie ciężarnych kobiet. Z jednej strony - niby troska o nas, przyszłe matki. Z drugiej strony – totalna znieczulica w miejscach publicznych: nikt ci nie ustąpi miejsca, nikt cię nie przepuści do kasy, nawet w kolejce do lekarza trzeba się wykłócić. I moim zdaniem to jest właśnie pokłosie tych siedzących na L4 przyszłych mam, o których wiemy, że w 90% są zdrowe i wszyscy uważają, że mogą sobie postać, bo przecież i tak się nie przepracowują. I tak koło się zamyka. A jeszcze większe koło robi się w relacjach z pracodawcami. Przeważnie pracodawca nie jest zachwycony z faktu zajścia w ciążę zatrudnionej pracownicy. I nic dziwnego, jak ona w 4-tym miesiącu idzie na zwolnienie i wraca po roku do pracy. A kobiety potem opowiadają, że pracodawcy nie chcą zatrudniać kobiet, w obawie przed ciążą. I się dziwią, czemu.

Ale wracając do ustępowania miejsca czy przepuszczania przy kasie. Właśnie wystartowała kampania społeczna „Przyjacielu, ustąp miejsca”, która ma na celu zwrócenie uwagi na ciężarne kobiety podróżujące komunikacją miejską. Nadawcą kampanii jest warszawski Zarząd Transportu Miejskiego, adresatami – młodzi ludzie korzystający z komunikacji miejskiej. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że stojąc w tłoku czy podczas nagłego hamowania kobieta w ciąży narażona jest na uraz brzucha, czyli zagrożenie zdrowia swojego i dziecka. Właśnie taki przypadek leżał też na tym samym co ja oddziale patologii ciąży – dziewczyna stała już przy drzwiach i miała wysiadać, gdy autobus nagle zahamował i ona poleciała do przodu centralnie uderzając brzuchem w barierkę. Potem dzielenie wysiadła na przystanku, ale już daleko nie zaszła, lecz została odwieziona karetką na badania i obserwację do szpitala. W moim przypadku, w 36-tym tygodniu ciąży, stłuczka z pozoru niewinna, uderzenie w brzuch czy nagły ucisk pasów podczas hamowania, może spowodować uraz brzucha i nawet oddzielenie się łożyska. Tak więc obserwacja w szpitalu jest konieczna.


Kampania „Przyjacielu, ustąp miejsca” realizowana jest w formie plakatów – w autobusach, tramwajach, na tablicach w metrze, w gablotach na przystankach. Także na stronie internetowej ZTM, w newsletterach wysyłanych do sympatyków warszawskiej komunikacji miejskiej oraz na Facebooku będzie można zetknąć się z przekazem: kobiety decydujące się na macierzyństwo zasługują na życzliwość i wsparcie. I w pełni się z tym zdaniem zgadzam, no bo ktoś musi w przyszłości pracować na nasze emerytury.

piątek, 13 maja 2011

Moje zawodowe dziecko

No muszę się pochwalić! Zakończyliśmy akcję Miasteczko Akademia Murowania SILKA YTONG! 25 dni akcji, 12 miast, tysiące odwiedzających! Sukces! A nikt do końca nie wierzył, że to się może udać. A jednak, zrealizowałam moją wizję. I muszę przyznać, że jak na jesieni planowałam całą akcję, to miałam też obawy, tym bardziej, że wiedziałam, że jestem w ciąży i może być trudno. A dzisiaj mogę się pochwalić oryginalną jak na branżę budowlaną i nie tylko akcją marketingową. Zapraszam do obejrzenia relacji z całego budowlanego roadshow! Co prawda mówię przez nos, bo dopadło mnie w ostatnich dniach akcji jakieś przeziębienie, ale film wyszedł bardzo fajnie. No i kto znajdzie Maksa na filmie?

środa, 11 maja 2011

Prekursorka współczesnego tańca – Martha Graham

Dzisiaj przypada 117-ta rocznica urodzin amerykańskiej tancerki, choreografki, pedagog, uznawanej za prekursorkę współczesnego tańca. Martha Graham, bo o niej tu mowa, dzięki swojej twórczości doczekała się dzisiaj animowanego Doodle w Google. Inspiracją do stworzenia tego układu był zapewne jej taniec o nazwie Lamentation – przynajmniej mi się nasuwa od razu takie skojarzenie. Ciekawe, bo ojciec Graham był neurologiem, i jemu przyszła tancerka zawdzięczała wiedzę o czynnościach układu nerwowego i jego roli w motoryce człowieka. Ale kształcenie w kierunku tańca zaczęła dopiero po jego śmierci. Trzeba dodać, że Martha żyła w latach 1894-1991 – to zapewne świetna forma fizyczna pozwoliła jej przeżyć prawie 100 lat. Graham nastawiona była na poznawanie własnego ciała i jego możliwości, na ćwiczenia wręcz fizyczne (skurcze mięśni brzucha, praca miednicą, rozprężenia pleców) – wszystko, aby skoordynować ruch w przestrzeni, nadać ruchom ciągłość, płynność, móc je kontrolować. Według Graham tancerka nie musi być piękna i ulotna w tańcu, lecz ma oddawać cząstkę ludzkości, ma emanować człowieczeństwem i tym, co głęboko nas w ukryte. Nawet jeżeli czasami ruchy wydają się wzmożone, czy wręcz zdeformowane.

Także dzięki niej oglądając dzisiaj taniec współczesny widzimy tancerzy boso, w charakterystycznych czarnych trykotach sięgających połowy łydki – to był jej ulubiony strój do tańca.

Obejrzyjcie sami dzisiejsze Doodle i inspirację do niego. Ja zrozumiałam dzięki niemu niektóre układy w You can Dance i właśnie idę je oglądać ;)