Od wczoraj wieczorem chodzi za mną muzyka. A wszystko zaczęło się od planowania wyjazdu na koncert A-ha. Prawdopodobnie obejrzymy ich na Siemens Arena w Wilnie - mam nadzieję, że Piotrowi uda się kupić nam bilety. Tak więc zaczynamy muzyczne inspiracje. Oczywiście od A-ha i utworu, którego niestety nie ma na liście koncertowej - Celice.
Stary kawałek Beautiful things w wykonaniu Andain, ale zmiksowany przez Tiesto. Macie ochotę na ponad 8 minut koncertowego brzmienia?
Teraz najnowszy ATB - Could you believe - za drugim razem już brzmi lepiej, ale teledysk jest hmm...
Dzisiejsze popołudnie upłynęło nam na miłym spotkaniu przy koncercie Georga Michaela - Live in London. I właśnie z tej imprezy najlepszy utworek - dalej w klimacie didżejskim - Spinning the Wheel - też ponad 8 minut! Ale dopiero po połowie robi się naprawdę imprezowo i klimatycznie ;)
Dalej czeka już najnowsza Katie Melua z utworkiem The Flood - teledysk bardzo mi się podoba.
A zakończymy jeszcze innym stylem muzycznym - Michael Buble Feeling Good w wersji koncertowej. Muszę sprawdzić, kiedy Michael koncertuje w naszym kraju - i czy w ogóle?
A w ten weekend trwa w Warszawie Orange Warsaw Festiwal 2010 - tam to dopiero są muzyczne inspiracje, od Edyty Bratosiewicz, po Monikę Brodkę, Mika, czy Nelly Furtado. Muzycznych przyjemności!
sobota, 28 sierpnia 2010
wtorek, 24 sierpnia 2010
Śmierć jest daleką nadzieją
Taka sentencja została mi w głowie po przeczytaniu książki pt. Ręka Fatimy autorstwa Ildefonso Falcones. To jego nowa powieść, blisko 1000 stron ścierania się chrześcijaństwa z muzułmanizmem. Opowieść o miłości do Boga, miłości w małżeństwie, miłości do dzieci. Ale także o ogromnej nietolerancji, ksenofobii i chęci władzy. Opowieść o wyrzeczeniach, o krzywdach, biedzie i nędzy. O dochodzeniu do swojego szczęścia za pomocą ciężkiej pracy i wytrwałości. Dawno nie czytałam takiej książki, która wzrusza, zmusza do myślenia i zastanowienia się nad sensem życia, nad swoimi wartościami. Dawno też nie czytałam książki z zapartym tchem, powiem więcej, ostatnie sto stron wręcz pochłonęłam – z jednej strony nie mogłam się oderwać, z drugiej zaś nie chciałam znać zakończenia obawiając się najgorszego. Spytacie, czy Hernando – Hamid Ibn Hamid będzie szczęśliwy. Czy dobro w końcu zwycięża? Nie odpowiem, bo dobro jest pojęciem względnym. Zwycięża miłość. I to ta najpiękniejsza – miłość do rodziny. W moim odczuciu to właśnie jest przesłanie tej książki – jak wyrazić swoją miłość do Boga w codziennym życiu? Każdy musi znaleźć sam odpowiedź na to pytanie.

W książce często pada sentencja „Śmierć jest daleką nadzieją”, która zapadła w mojej pamięci. Pamiętam, jak moja babcia od zawsze powtarzała, że chce już umrzeć, a śmierć nie przychodziła. Nawet kiedyś cyganka jej wywróżyła, że nie dożyje siedemdziesiątki, więc babcia czekała i czekała… Szczególnie po śmierci swojego męża i syna. Babcia zmarła w wieku 86 lat. Niech sentencja „Śmierć jest daleką nadzieją” strzeże nas przed czekaniem na lepszy czas, na „łaskę losu”. Sami musimy zadbać o swoje szczęście, bo przysłowiowa śmierć nie będzie rozwiązaniem naszych problemów. Sami musimy dokonywać życiowych wyborów i brać za nie odpowiedzialność. Bierzmy przykład z takich bohaterów literackich jak Hernando, wyznaczajmy sobie cele do realizacji i świadomie je realizujmy. Nadajmy sens naszemu życiu. Z tym przesłaniem zostawiam Was do kolejnego wpisu.
A na mnie czeka już kolejna książka – wybór iście trudny – czy pogrążyć się znowu w przeszłości i odwiedzić władcę średniowiecznej Barcelony, czy lepiej poznać szelmostwa niegrzecznej dziewczynki?

W książce często pada sentencja „Śmierć jest daleką nadzieją”, która zapadła w mojej pamięci. Pamiętam, jak moja babcia od zawsze powtarzała, że chce już umrzeć, a śmierć nie przychodziła. Nawet kiedyś cyganka jej wywróżyła, że nie dożyje siedemdziesiątki, więc babcia czekała i czekała… Szczególnie po śmierci swojego męża i syna. Babcia zmarła w wieku 86 lat. Niech sentencja „Śmierć jest daleką nadzieją” strzeże nas przed czekaniem na lepszy czas, na „łaskę losu”. Sami musimy zadbać o swoje szczęście, bo przysłowiowa śmierć nie będzie rozwiązaniem naszych problemów. Sami musimy dokonywać życiowych wyborów i brać za nie odpowiedzialność. Bierzmy przykład z takich bohaterów literackich jak Hernando, wyznaczajmy sobie cele do realizacji i świadomie je realizujmy. Nadajmy sens naszemu życiu. Z tym przesłaniem zostawiam Was do kolejnego wpisu.
A na mnie czeka już kolejna książka – wybór iście trudny – czy pogrążyć się znowu w przeszłości i odwiedzić władcę średniowiecznej Barcelony, czy lepiej poznać szelmostwa niegrzecznej dziewczynki?
Etykiety:
babcia,
barcelona,
czytanie książek,
hiszpania,
ildefonso falcones,
książki
czwartek, 19 sierpnia 2010
Pożegnalna trasa koncertowa A-HA

Właśnie taką smutną informację znalazłam ostatnio w sieci. A jeszcze smutniejsze jest to, że a-ha Farewell Tour 2010 nie obejmie Polski :((( No cóż, po ostatnim koncercie a-ha w Polsce w Atlas Arena, gdzie akustyka pozostawia wiele do życzenia i gdzie organizatorzy nie zadbali o frekwencję, pewnie też bym nie chciała mieć koncertu. A nam, fanom tej grupy pozostaje tylko płakać. Jak nic I will be crying in the rain... Tak więc kombinuję już od tygodnia, gdzie na ten pożegnalny koncert polecieć - pojechać. Wybór jest duży, bo a-ha będzie grało u naszych sąsiadów: w Niemczech, na Litwie, na Łotwie, w Anglii. Tak więc jak nic trzeba wsiąść do auta tudzież samolotu i pojechać ostatni raz posłuchać ich na żywo. Tym bardziej, że jak wyczytałam na blogach osób, które już były, to lista utworów jest cudna:
Bandstand
Foot of the Mountain
Analogue
Forever Not Yours
Minor Earth Major sky
Summer Moved On
Move to Memphis
The Blood That Moves the Body
Stay on These Roads
The Living Daylights
Early Morning
You Are The One
Crying in the Rain
Scoundrel Days
Swing of Things
Manhattan Skyline
I’ve Been Losing You
We’re Looking for the Whales
Cry Wolf
BIS 1
Train of Thought
Hunting High and Low
The Sun Always Shines on TV
BIS 2
Take On Me
Nic dodać, nic ująć. Maks zostanie z babcią na weekend, a my oddamy się muzycznym przyjemnościom.
a-ha Farewell Tour 2010 from Girlie Action on Vimeo.
A potem kupimy sobie ich nowy album wydany na 25-lecie istnienia zespołu. Do wysłuchania aż 39 utworów w różnych wersjach.

A może nawet jeszcze dwa inne albumy, których w Polsce jeszcze nie widziałam w żadnym sklepie: Hunting High and Low oraz Scoundrel Days. I tak uzupełnimy sobie ich dyskografię.
czwartek, 12 sierpnia 2010
Mam mieszkanie do sprzedania
2 pokojowe, 56,6 m2. Jest naprawdę fajne i szkoda będzie się wyprowadzać, ale Maks potrzebuje przestrzeni. Co prawda można je przerobić na 3 pokoje, jednak i tak nie spełni to naszych potrzeb. Po prostu marzy nam się oddzielny pokój do pracy, kuchnia z jadalnią, salon, duża garderoba albo najlepiej ze dwie, oddzielny pokój dla Maksa i może jeszcze w przyszłości dla jego rodzeństwa, oddzielna nasza sypialnia… Czy mam wymieniać jeszcze? No właśnie, na 56,6 m2 to wszystko się nie zmieści.
A wracając do mieszkania na sprzedaż, to można powiedzieć, że jest ono w podwyższonym standardzie, zaprojektowane z głową i ze smakiem. Jego układ to salon z kominkiem i wyjściem na taras do prywatnego ogrodu, kuchni otwartej na salon i na przedpokój, dużej sypialni z pojemną szafą w zabudowie, widnej łazienki z wanną z panelem prysznicowym z masażem, garderoby z półkami na buty, przestronnego przedpokoju (z wózkiem spokojnie można wjechać i jeszcze jest miejsce dla obojga rodziców) z przepastną szafą w zabudowie.
Mieszkanie naprawdę jest fajnie urządzone i wyposażone: na podłodze w salonie jest parkiet z drewna egzotycznego merbau, jest oryginalny system oświetlenia. Kuchnia jest w pełni wyposażona w sprzęty AGD: lodówka z zamrażarką, płyta grzewcza, piekarnik, zmywarka, okap (Gorenje, Elektrolux, Teka).
Drewniane drzwi do sypialni, garderoby i łazienki były wykonane na zamówienie i pasują do motywu na drzwiach do szaf w zabudowie – wszystko wygląda spójnie i elegancko. Umiejscowienie mieszkania względem stron świata też jest idealne: okna sypialni wychodzą na północny-zachód, a salonu i kuchni na południowy-zachód. Przy czym w sypialni jest przyjemnie chłodno wieczorem, a rano nie świeci do niej bezpośrednie budzące słońce. Salon natomiast cały dzień jest słoneczny i jasny.
Teraz trochę o bloku i okolicy. Mieszkanie jest na warszawskim Wawrze, na Osiedlu Borki. A Osiedle Borki to kompleks kameralnych domów czterorodzinnych w niskiej zabudowie (parter/piętro) położone jest w cichej i zielonej okolicy Wawra, z dobrym dojazdem do centrum 20 minut. Naszym sąsiadem za płotem w tym roku był zając, a w zeszłym para bażantów. Sarny pozdrawiałam wychodząc z Maksem na spacery. Wieczorem słuchamy koncertów świerszczy. Każdy, kto nas odwiedza, pierwsze co mówi po 10 minutach: O jejku, jak tu cicho!
W kontekście braku miejskiego zgiełku za oknem.
Mieszkanie jest jak już wspomniałam z ogródkiem tylko do użytku własnego. Dodatkowo do mieszkania przypisane jest miejsce parkingowe, ale nie ma problemów, aby zaparkować także drugi samochód praktycznie pod domem. Osiedle zarządzane jest przez wspólnotę mieszkaniową, co gwarantuje wysoki poziom obsługi (ochrona, sprzątanie, odśnieżanie, pielęgnacja terenów zielonych, a także prywatnych części ogrodowych). Dostęp do wszystkich mediów. Na terenie osiedla w pełni urządzone są place zabaw dla dzieci, a dla amatorów sportu także boisko do gry w siatkówkę. I co ważne – panuje przyjazna atmosfera wśród sąsiadów. W bezpośredniej bliskości są sklepy, szkoła i przedszkola.
To chyba tyle, jeżeli ktoś by chciał obejrzeć, to zapraszam! Sprzedajemy bezpośrednio, bez agencji!
Mieszkanie jest jak już wspomniałam z ogródkiem tylko do użytku własnego. Dodatkowo do mieszkania przypisane jest miejsce parkingowe, ale nie ma problemów, aby zaparkować także drugi samochód praktycznie pod domem. Osiedle zarządzane jest przez wspólnotę mieszkaniową, co gwarantuje wysoki poziom obsługi (ochrona, sprzątanie, odśnieżanie, pielęgnacja terenów zielonych, a także prywatnych części ogrodowych). Dostęp do wszystkich mediów. Na terenie osiedla w pełni urządzone są place zabaw dla dzieci, a dla amatorów sportu także boisko do gry w siatkówkę. I co ważne – panuje przyjazna atmosfera wśród sąsiadów. W bezpośredniej bliskości są sklepy, szkoła i przedszkola.
To chyba tyle, jeżeli ktoś by chciał obejrzeć, to zapraszam! Sprzedajemy bezpośrednio, bez agencji!
Fantastyczne książki

Właśnie skończyłam czytać książkę z nowej fantastycznej serii Trudi Canavan Trylogia Zdrajcy. Pierwsza księga nosi tytuł Misja Ambasadora. Miło wrócić do losów Sonei z Trylogii Czarnego Maga. A dzisiaj o tych książkach piszę nieprzypadkowo, bo z okazji 71 rocznicy ekranizacji fantastycznej książki dla dzieci pt. Czarnoksiężnik z Oz autorstwa L. Franka Bauma, o czym poinformował mnie wujek Google zaraz po włączeniu komputera.

Książka ta została wydana w Chicago w 1900 roku, a najpopularniejszą jej ekranizacją jest musical o tym samym tytule w reżyserii Vicotra Flaminga z 1939 roku. Hmmm, a ja się zastanawiam, czy czytałam tą książkę zaliczaną do kanonu światowej literatury dziecięcej. Nie przypominam sobie szczerze mówiąc, chociaż gdzieś mam w głowie obraz Blaszanego Drwala. No nic, póki co zamierzam przeczytać inną pozycję, właśnie wczoraj odebrałam prawie tysiąc stron autorstwa Falcones Ildefonso, które przeniosą mnie do szesnastowiecznej Hiszpanii. Mowa oczywiście o Ręce Fatimy. Pytanie tylko, kiedy ja to przeczytam? Ostatnio zastanawiałam się, czego mi najbardziej brakuje z „wolności”, jaką zabiera narodzenie się dziecka. Oczywiście czasu dla siebie, ale w tym czasu na czytanie książek. Co ciekawe jak Maks był mały i ja spędzałam urlop macierzyński, to pod nieobecność męża w domu mogłam czytać, czytać i czytać. Potem się zmieniło i teraz czas na czytanie jest wykradziony z codziennego rozkładu dnia.
Dlatego bardzo się cieszę, że w ostatnim czasie udało mi się skończyć dwie pozycje: wspomnianą już Misję, a także Szwaczki autorstwa Frances de Pontes Peebles (też nie cienka, bo „jedyne” 656 stron). Ta ostatnia to debiut nowego talentu literackiego, opisuje sagę rodzinną rozgrywaną w Brazylii w latach trzydziestych XX wieku. Jak dla mnie piękna powieść o miłości – tej rodzicielskiej, jak i tej między kochankami, marzeniach, pragnieniach, życiu. Polecam!A na moim regale z książkami czekają jeszcze Pan Lodowego Ogrodu (ale już się dowiedziałam, że ponoć znowu się nie kończy, więc może poczekam na kolejny, czwarty tom), Władca Barcelony, Trudi Canavan z serii Era Pięciorga, Mario Vargas Llosa z niegrzeczną dziewczynka i pewnie jeszcze kilka pozycji, o których teraz nie pamiętam, a czekają, aż je przeczytam. A teraz niestety mam embargo na kupowanie książek, w zamian za okna dachowe ;) Szczegóły może już wkrótce!
Etykiety:
doodles,
fantastyka,
grzędowicz,
kolekcja logotypów,
książka dla dziecka,
książki,
logo Google,
trudi canavan
wtorek, 10 sierpnia 2010
Stringi w Holandii, legginsy w Tajlandii
Spędzając urlop z Holandii nie dało się nie jeździć na rowerze. Z przyczyn oczywistych już drugiego dnia zostaliśmy zarowerowani. Także Maks dostał swoje krzesełko – na przedzie (zresztą krzesełko przyjechało z nami do Polski, tak więc Maks robi furorę jadąc w pierwszym rzędzie). Tak więc jeździliśmy po holenderskich drogach rowerowych, które idą równolegle do drogi samochodowej, chodnika a często także obok drogi dla koni lub biegaczy. Rowerzysta ma w Holandii nawet pierwszeństwo przed samochodem, więc jazda na rowerze jest bezpieczna i co tu dużo mówić, jest przyjemnością, a nie, jak w polskich warunkach walką ze wszystkimi mobilami, pieszymi czy dziurami w drodze. Co prawda nie byłam zbytnio przygotowana do tej jazdy – nie pomyślałam, aby wziąć ze sobą odpowiednią… bieliznę. Dziewczyny, mówię Wam, przy codziennych podróżach rowerowych stringi się nie nadają. No chyba, że to kwestia przyzwyczajenia i twardości dupci ;)
Natomiast rowerowa moda wymaga noszenia legginsów. Przyczyna jest prozaiczna – rozwiewający włosy wiatr, rozwiewa też spódnice i sukienki. Tak więc alternatywy są trzy:
- sukienka na twarzy – widać majtki
- spódnica w pasie – też widać majtki
- legginsy pod sukienką i spokojna jazda na rowerze, z ukrytymi majtkami.
Tak więc legginsów ci w Holandii dostatek. Do wyboru, do koloru! Ciekawe, czy w Tajlandii też jest taki wybór legginsów? Zapewne tak, bo pewnie je tam gdzieś blisko produkują. Natomiast w Tajlandii jest inny problem, nie rowerowy i nie stringowy, ale właśnie legginsowy. Rząd ostrzega dziewczyny przed noszeniem czarnych legginsów. Czemu? Przyczyną jest denga, którą przynoszą komary, przyciągane do nóg przez czarny kolor… legginsów. Jak podała agencja Associated Press denga zabiła już w tym roku Tajlandii 43 osoby. Tajlandzki wiceminister zdrowia zaapelował o inny sposób ubierania się młodych ludzi – noście legginsy w innych kolorach, by nie przyciągać komarów. A najlepiej zakładajcie dżinsy. Denga jest chorobą zakaźną, póki co lek na nią nie istnieje. Tak więc nie podążając za modą można ocalić swoje zdrowie. A w przypadku stringów – także komfort.
Natomiast rowerowa moda wymaga noszenia legginsów. Przyczyna jest prozaiczna – rozwiewający włosy wiatr, rozwiewa też spódnice i sukienki. Tak więc alternatywy są trzy:
- sukienka na twarzy – widać majtki
- spódnica w pasie – też widać majtki
- legginsy pod sukienką i spokojna jazda na rowerze, z ukrytymi majtkami.
Tak więc legginsów ci w Holandii dostatek. Do wyboru, do koloru! Ciekawe, czy w Tajlandii też jest taki wybór legginsów? Zapewne tak, bo pewnie je tam gdzieś blisko produkują. Natomiast w Tajlandii jest inny problem, nie rowerowy i nie stringowy, ale właśnie legginsowy. Rząd ostrzega dziewczyny przed noszeniem czarnych legginsów. Czemu? Przyczyną jest denga, którą przynoszą komary, przyciągane do nóg przez czarny kolor… legginsów. Jak podała agencja Associated Press denga zabiła już w tym roku Tajlandii 43 osoby. Tajlandzki wiceminister zdrowia zaapelował o inny sposób ubierania się młodych ludzi – noście legginsy w innych kolorach, by nie przyciągać komarów. A najlepiej zakładajcie dżinsy. Denga jest chorobą zakaźną, póki co lek na nią nie istnieje. Tak więc nie podążając za modą można ocalić swoje zdrowie. A w przypadku stringów – także komfort.
sobota, 7 sierpnia 2010
Piwo przy grilu
Sezon ogródkowy w pełni. To nie tylko czas grillowania, ale także picia zimnych napojów, bezalkoholowych;) Hmm, ale jak zapewnić sobie zawsze chłodne piwo podczas grillowania? No bo gdzie lodówka, a gdzie ogródek? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w kolejnej już reklamie Heinekena. Może nie jest ona tak zaskakująca, jak spot z szafą, ale jednak ma w sobie pewien urok. Mi najbardziej podoba się motyw w pokoju dziecięcym - ach, ta wspaniała izolacja na rurach. A swoją drogą my też mamy ogródek daleko od kuchni... Może to jest pomysł?
No i dla przypomnienia zeszłoroczna reklama tego producenta. Oraz jej druga, trochę prześmiewcza wersja...
A swoją drogą także w naszym kraju z początkiem cieplejszych dni lata zaczęła się reklamowa walka w TV o klienta. Poniżej taki krótki przegląd tegorocznych reklam. Jak dla mnie najlepsza jest o chmielu.
No i dla przypomnienia zeszłoroczna reklama tego producenta. Oraz jej druga, trochę prześmiewcza wersja...
A swoją drogą także w naszym kraju z początkiem cieplejszych dni lata zaczęła się reklamowa walka w TV o klienta. Poniżej taki krótki przegląd tegorocznych reklam. Jak dla mnie najlepsza jest o chmielu.
Etykiety:
grill,
heineken,
piwo,
reklama telewizyjna,
spot reklamowy
Subskrybuj:
Posty (Atom)