poniedziałek, 27 czerwca 2011

Cesarskie cięcie czy poród naturalny?

Dwa porody – każdy inną metodą. Czas na porównanie i wrażenia.

Poród naturalny – 19 godzin od odejścia wód płodowych do przytulenia Maksa. Czas dochodzenia do siebie po porodzie – dosłownie kilka godzin po porodzie byłam w stanie wstać i sama pójść pod prysznic. I z dnia na dzień było już tylko coraz lepiej. Wrażenia - cudowne przeżycie narodzin nowego człowieka, maleństwa z naszej krwi, intymność chwili narodzin dziecka, spędzonej wspólnie z mężem.

Cesarskie cięcie – wody płodowe nie odeszły, zabieg był zaplanowany na konkretną godzinę. Czas przygotowania do operacji – jedna godzina, czas trwania operacji – jedna godzina. Czas dochodzenia do siebie – cesarka skończyła się o 14-tej w poniedziałek, a ja wykąpać się poszłam (to za dużo powiedziane) w środę około południa. We wtorek ok16-tej dostałam silny zastrzyk domięśniowy, aby pielęgniarka z mężem pomogli mi wstać z łóżka, wstać na dojście do toalety i powrót, nie wspominająco możliwości zajęcia się dzieckiem. W czwartek prawie w ogóle nie mogłam chodzić – miałam jakąś blokadę w kręgosłupie. W piątek dostałam kolejny zastrzyk przeciwbólowy po tym, jak mnie dowieźli na wózku inwalidzkim z korytarza do łóżka, i dopiero po ketonalu zaczęłam do siebie dochodzić. Tak więc czas dochodzenia po cesarce – można powiedzieć tydzień, przynajmniej w moim przypadku.

A teraz trochę faktów o cesarce, bo nie jest to naturalna metoda porodu, i nie wiem, co kobiety w tym widzą i decydują się na taką właśnie formę.
Cięcie cesarskie to zabieg chirurgiczny, żeby nie powiedzieć operacja, polegający na przecięciu powłok brzusznych oraz macicy i wyjęciu dziecka. Dawniej cięcie wykonywane było pionowo, obecnie stosuje się cięcie poziome w dole podbrzusza, na granicy trzonu i szyjki macicy. Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu: zewnątrzoponowo lub podpajęczynówkowo w przypadku planowanej operacji, w narkozie – gdy zabieg wykonuje się w trybie ostrym. WHO zaleca, aby odsetek porodów przez cesarskie cięcie nie przekraczał 15%. Hmm, USA w 2006 co trzecia ciąża była rozwiązana przez cesarkę.

Jak widać cesarskie cięcie to nie zabieg, ale konkretna operacja, z zaangażowanym sztabem ludzi. Wskazań do cesarki jest trochę, ja się załapałam na niewłaściwe ułożenie dziecka – tak zwane pośladkowe. Jak uświadomiła mnie położna, jest dużo zagrożeń przy takim ułożeniu i obecnie lekarze rzadko decydują się na poród w tym ułożeniu dziecka. W przypadku chłopców zagrożone są od razu jądra, a potem cała reszta – z główką na czele, która w tym ułożeniu odgina się do tyłu, i którą ręcznie trzeba przygiąć do tułowia – nie pytałam już jak. Chociaż, jak powiedział mi mój ginekolog prowadzący ciążę, wskazanie do cesarki dla ułożenia pośladkowego jest dopiero od niedawna w Polsce, tj. od jakiś 10-ciu lat.

Moje wrażenia z samej sali operacyjnej- okropne. Poród przez cesarskie cięcie jest taki instrumentalny. Nie ma miejsca na przytulenie dziecka, na czułość, na prywatność, na dotyk. Człowiek leży w pozycji (i na stole operacyjnym) jak na krzyżu, znieczulony od pasa w dół, ledwo mówi, nic nie widzi (zdjęli mi okulary) i słyszy wszystko, co jest mówione i robione na sali operacyjnej. Po wyjęciu dziecka z brzucha człowiek widzi, jak je badają, słyszy, jak maluch płacze, a nie może przytulić. Potem pokazują dzidziucha – proszę, to pani syn - i tyle, nawet dotknąć nie można bo ręce pasami na rzepy przyczepione są do stołu (poza tym w jednej ręce kroplówka, na drugiej ciśnieniomierz). Dziecko po badaniu opuszcza salę operacyjną i zostaje się samemu w rękach lekarzy, którzy czyszczą, szyją i gadają. Anestezjolog pyta mnie czy dobrze się czuję, a na moją odpowiedź, że głowa mnie rozbolała widzę lekarza chirurga, który wyłania się zza parawanu na moim brzuchu i słyszę: mnie też boli głowa i nie narzekam. No i co człowiek może na to odpowiedzieć? Ubezwłasnowolniony, otumaniony znieczuleniem i w stresie oraz zapewne lekkim szoku? Brak słów.

A już po wszystkim przynoszą dzidzię na salę pooperacyjną, na 20 minut, bo na więcej matka nie ma siły. I dopiero w kolejnej dobie widzę swoje dziecko. I znów mam je na 20 minut, bo nie mogę się podnieść ani ruszyć po zabiegu.

A z tym podnoszeniem to oddzielna historia. Przychodzi położna rano (cesarka skończona o 14-tej dnia poprzedniego) i mówi – Wstajemy! Proszę usiąść, wziąć cewnik i Idziemy do umywalki. Ja siadam w bólach – mam już zimny pot na całym ciele. Spuszczam nogi z łóżka – tutaj już mroczki przed oczyma i szum w uszach. Następnie próbuję się podnieść – zawroty głowy, mdłości, sine usta i głos położnej – No dobrze, zaraz mi pani tu zemdleje. Proszę się położyć, za chwilę próbujemy jeszcze raz. Ta chwila nie nadeszła, bo wywieźli mnie z sali pooperacyjnej na salę normalną, i przez 7 cesarek, które nastąpiły w danym dniu, położne po prostu o mnie zapomniały, że miałam się podnieść. A ja z mężem próbowałam, ale za każdym razem bliska omdlenia padałam bez efektu wyczerpana na łóżko. Tak więc nie wiem do dzisiaj, czy po cesarce trzeba się podnieść mimo ryzyka zemdlenia z bólu i wyczerpania? Ja tak naprawdę wstałam w środę. Czy to było przyczyną problemów z kręgosłupem i niemożliwością chodzenia dłużej niż do umywalki? Nie wiem. Cieszę się, że jestem już na chodzie, że mogę wziąć dziecko na ręce. Bo piątek nie wyglądał dobrze, z tą przejażdżką na wózku inwalidzkim.

A przy tym wszystkim podejście personelu szpitala – od lekarza, po położne, na sprzątaczkach i paniach roznoszących posiłki kończąc: chciało się cesarki to teraz się ma! Tak jakby w państwowym szpitalu była możliwość wyboru – to ja dzisiaj poproszę cesarkę, bo ostatnio to był poród fizjologiczny. W 99% przypadków, to nie my, ciężarne jeszcze kobiety decydujemy, jak będziemy rodzić. To lekarz podejmuje ostateczną decyzję, czy pozwoli nam urodzić naturalnie, czy będzie cięcie.

Ech, szkoda gadać. W każdym razie na cesarskie cięcie nigdy bym się nie zdecydowała dobrowolnie. Dla mnie był to trudny psychicznie i fizycznie zabieg. Cieszę się, że już jestem w domu i mogę cieszyć się rodziną - mężem i dziećmi, a w szczególności tym maleństwem, które nosiłam 9 miesięcy pod sercem.

5 komentarze:

ela pisze...

Po pierwsze - szczere gratulacje z powodu narodzenia synka!!! Po drugie - przykro, że masz takie wrażenia z cesarskiego cięcia. Myslę, ze sam poród jest to tak indywidualna sprawa, że czasami trudno jednoznacznie stwierdzic - który jest lepszy.
Ja akurat mam nienajlepsze doświadczenia z porodu naturalnego - rodziłam 16 godzin, a i tak zakończyło się wszystko cesarskim cięciem, gdyż w końcówce porodu dziecko się źle ułozyło. Przy drugim dziecku, kiedy poród był zaplanowany - umówiona godzina cięcia - wszystko odbyło się jak w bajce.....szybko, bez stresów..8godzin i doszłam do siebie. Oczywiście były dość silne środki znieczulające (ketonal)....ale nic to w porównaniu z komfortem. Przy pierwszym dziecku było gorzej, bo rodziłam w szpitalu i dawali słabe środki znieczulajkące, tak więc każde kaszlnięcie było dla mnie koszmarem. Drugie rodziłam w prywatnej klinice..było super. Myślę, że "kobiecy punkt widzenia" w sprawach cesarskiego cięcia czy porodu naturalnego jest bardzo indywidualny.
Pomijając wszystko, najfajniejsze jest to....ze szybko zapominamy o tym co było ciężkie i nieprzyjemnie - a cieszymy się tym, co jest najważniejsze - naszymi pociechami :)). Uściski :)

Foxy pisze...

Niestety, tak jak Ty, nie mam najlepszych wspomnień z cesarki. Na szczęście szybko się podniosłam i zaczęłam chodzić, ale w nocy nie było żadnej pomocy. Jak dziecko płakało przez pół godziny, a ja razem z nim, to w tym czasie dyżurujące położne wybierały dywan na Allegro. Szkoda gadać :( Nie wiem, jak szybko zapomina się o bólu, którego doświadczyło się podczas porodu naturalnego, ale ja swoich przeżyć po cesarskim cięciu chyba nigdy nie zapomnę. Gdybym wiedziała wcześniej, jakie jest podejście personelu do kobiet po cesarce, inaczej bym się przygotowała do porodu.
Ale najważniejsze jest to, że Maluch urodził się zdrowy. Chyba zniesiemy najgorszy ból, aby zminimalizować ryzyko komplikacji. Teraz ciesz się synkiem i oszczędzaj się. Czas leczy rany, szczególnie te fizyczne.

m:m pisze...

Dzięki dziewczyny :)
Poród to bardzo indywidualna sprawa - jedna z nas czują się świetnie po cesarce, inne po porodzie naturalnym. Nie wiem, czy jakbym rodziła Aleksa fizjologicznie, to czy też bym była taka zadowolona, jak po pierwszym porodzie. Trudno powiedzieć. W każdym razie już jest po, już mam zdjęcie szwy i chirurg powiedział, że nawet mogę zacząć chodzić na basen ;) Jest dobrze!
Jeszcze tylko niech mały nie ma tej cholernej żółtaczki (póki co ma poziom bilirubiny prawie 14, więc jest pod obserwacją) i będziemy cieszyć się życiem i sobą!

Ania pisze...

Ja mam jak najlepsze doświadczenia z porodu naturalnego, no może nie do końca, bo przekłuli pęcherz (mały był po terminie). Personel super, poród ogółem trwał niecałe 2 h, w tym godzinka to czas spędzony pod prysznicem.:-) I co zdumiewające był to też państwowy szpital, tyle, że w Łodzi.
Dziewczyny po cesarce miały gorzej, ale nie tragicznie. Poprostu po porodzie dostawały malucha na kwadransik, czasem dłużej, zależy w jakiej mama była kondycji. Później leżały sobie spokojnie w pojedynczych salkach, a na następny dzień lądowały tam gdzie reszta mam i razem z nimi w salkach. Mnie się też taka dziewczyna w salce (2 osobowej) trafiła, ale jak zaczęła dochodzić do siebie, to najpierw siostra z nią siedziała, żeby jadła, a potem kładła do główki żeby na siłe wstała, to szybciej wróci do formy:-)
Ważne Monika, że wszystko się dobrze w Twoim przypadku zakończyło i oby Aleksowi tylko bilirubina spadła!
Pozdrawiam Cię serdecznie!

m:m pisze...

@Ania - dzięki za ciepłe słowa! Aleks prawie nie ma już żółtaczki, ostatni pomiar bilirubiny z poniedziałku to poziom 10,8 więc jest dobrze. Teraz czekam na ponowne wyniki posiewu moczu, bo póki co wyszły nam pałeczki zapalenia płuc,którymi małego zarazili w szpitalu...